Dzisiaj jest Niedziela 25 czerwca 2017
tel. 32 332 63 77 e-mail: redakcja@przegladlokalny.eu
Rodzeństwo Koziełków:Od lewej siedzą: ks. Alojzy, Paulina, ks. Jan, Leopoldyna, Maria(prawdopodobnie). brat, Paweł, obok niego prawdopodobnie Klara

Ksiądz Koziełek miał charyzmę

Przed wojną na plebanię przyszedł ubogi człowiek po prośbie. Ks. Alojzy Koziełek dał mu jałmużnę, zaprosił do kuchni i nakarmił zupą. Gdy spostrzegł, że mężczyzna jest bosy, poprosił kucharkę, aby przyniosła księżowskie buty i podarowała je biedakowi. Tak też się stało. Po jakimś czasie ksiądz zorientował się o okropnej pomyłce: żebrak zamiast pary butów dostał... dwa lewe. Dręczyło go to do końca życia. Wiele razy wspominał ten epizod, prosząc, by – jeśli ów ubogi znów się pojawi – dać mu drugi but do pary...

Jego nazwisko znają chyba wszyscy mieszkańcy miasta. Wielu starszych knurowian z księdzem Alojzym Koziełkiem zetknęło się osobiście, młodsi znają go chociażby dzięki ulicy, której patronuje. Autor pierwszej historycznej monografii Knurowa i Krywałdu, budowniczy kościoła, filantrop – o jego zasługach można przeczytać w biograficznych notach. Jednak więcej niż one mówią o księdzu Koziełku fakty i wspomnienia, jakie zachowały się w rodzinnej kronice. Jego bliscy zechcieli się nimi podzielić z naszymi czytelnikami.

 

To może po polsku?

Od wczesnej młodości Alojzy Koziełek był żarliwym patriotą, choć polski nie był jego pierwszym językiem. Urodzony w 1879 r. w Baborowie, w pobliżu Moraw, na co dzień posługiwał się dialektem sulkowskim – specyficzną mieszanką polskiego i morawskiego. Tamtejsza społeczność posługiwała się tym dialektem od wieków. Mieszkańcy Baborowa potrafili się nawet wystarać, by ich regionalny język funkcjonował tam jako równorzędny z urzędowym – niemieckim. Widać to choćby po drodze krzyżowej w tamtejszym kościele – opisy pod jej kolejnymi stacjami sporządzono zarówno języku niemieckim, jak i w dialekcie sulkowskim. Z językiem polskim Alojzy zetknął się po raz pierwszy, gdy został uczniem gimnazjum w Głubczycach. Mógł się go tam uczyć jako języka nadobowiązkowego. Nauczyciel, który pochodził z Wielkopolski, zainteresował go sprawami polskimi. Alojzy mocno się w nie zaangażował. Widać to nawet po jego szkolnych świadectwach – oceny z polskiego miał lepsze niż z niemieckiego, z którym miał przecież do czynienia od znacznie dłuższego czasu.

Później, w czasie studiów we Wrocławiu był prezesem Kółka Polskiego. Należeli tam głównie studenci pochodzący z Górnego Śląska i Wielkopolski. Organizowano odczyty dotyczące rozmaitych dziedzin – historii, gospodarki, literatury. Wszystkie jednak miały związek z Polską. Były i wyjazdy wakacyjne – w Tatry, Beskid Śląski czy do Krakowa. Szczególnym wydarzeniem okazał wyjazd na obchody 500-lecia odnowienia Akademii Krakowskiej. Na wycieczkę zorganizowaną przez Kółko pojechało wtedy aż 150 osób. Tak duża liczba uczestników została odebrana przez Niemców jako manifestacja polskości. Prezes Koziełek miał przez to problemy z wrocławską policją – był przesłuchiwany. Wkrótce potem spotkania Kółka Polskiego zostały zakazane.

Po wybuchu wojny z powodu działalności patriotycznej był poszukiwany przez gestapo. Przyszli na początku września. Na szczęście proboszcz akurat był na urlopie, daleko od Knurowa, więc uniknął aresztu. Ostrzeżony przez ludzi z plebanii nie wrócił po urlopie do Knurowa. Przez całą okupację ukrywał się w Kochłowicach u swego kolegi, również księdza.

Niedawno rodzina Alojzego Koziełka dowiedziała się o ciekawym epizodzie. Otóż właśnie wtedy, w Kochłowicach, zgłosiła się do wuja para narzeczonych, chcących się pobrać. Podczas uroczystości pan młody był w niemieckim mundurze – jak wielu mieszkańców Śląska został przymusowo wcielony do armii niemieckiej, a z okazji ślubu dostał krótką przepustkę. Gdy ksiądz Alojzy rozpoczął ceremonię, okazało się, że pan młody jakoś słabo zna niemiecki. – To może po polsku? – zaproponował kapłan. Para skwapliwie się zgodziła. Całe szczęście, że nikt wtedy nie doniósł – gdyby tak się stało, księdza czekałyby poważne konsekwencje.

- O tym zdarzeniu dowiedzieliśmy się o tym po czterdziestu paru latach, ale za to z pierwszej ręki – mówi Krystian Dusza, krewny ks. Alojzego. – Tamta panna młoda opowiedziała o nim mojej mamie.

 

Do grobowej deski

Pierwszym miejscem, w jakiej ksiądz Koziełek osiadł na dłużej, była Szeroka, niewielka miejscowość w okolicy Jastrzębia-Zdroju (dziś jest dzielnicą tego miasta). Proboszcz ciągle utrzymywał przyjaźnie z czasów studenckich. Świadczy o tym choćby jedna z pamiątek zachowanych z tamtego okresu – pocztówka wysłana z Wrocławia w 1914 roku przez jednego z kolegów-księży. Nadawca, pisząc po polsku, zdaje ks. Alojzemu relację z uroczystego pogrzebu pewnego biskupa, najwyraźniej nieco zdegustowany: Obchód pogrzebowy ani w połowie tak ładnie nie wypadł jak Księdza Kardynała Puzyny w Krakowie – ocenia duchowny. – Śpiew też do bani, a grzeczność pruska – pożal się Boże!

Na osobną wzmiankę zasługuje serdeczna, wieloletnia przyjaźń z ks. dr Stefanem Siwcem. Ksiądz Stefan, przez lata związany z Rybnikiem był pierwszym dyrektorem tamtejszego gimnazjum, powstałym w 1922 roku. Ta przyjaźń wydała owoce w postaci publikacji. Na podstawie notatek ks. Siwca, w 1946 roku ks. Koziełek wydał książeczkę pt. „Teodor Christoph”, poświęconą zasłużonemu i świątobliwemu księdzu z Miasteczka Śląskiego. Z kolei ks. Siwiec, na prośbę przyjaciela, opracował broszurę o jego rodowitym dialekcie sulkowskim.

Życzeniem kapłana z Rybnika było zostać pochowanym obok swojego knurowskiego przyjaciela. Tak się też stało. Choć zmarł jako pierwszy, został pochowany w Knurowie, obok grobowca, w którym spoczywał już wówczas starszy brat ks. Alojzego, Jan.

 

Drugi do pary

Zainteresowania księdza Koziełka były bardzo szerokie – pasjonowała go historia, literatura, sztuka, ale i ekonomia. Jednak najważniejsza była misja duszpasterska i pomoc potrzebującym. Miał powiedzenie: dzień bez dobrego uczynku dla bliźniego jest dniem straconym. Ludzie wspominają go jako filantropa o wielkim sercu. Nawet wylew, który doprowadził do jego śmierci, dopadł go, gdy jechał do Rybnika, aby załatwić u urzędzie sprawę nie dla siebie, ale dla któregoś ze swoich parafian.

W rodzinie proboszcza przetrwała taka oto historia: jeszcze w czasach przedwojennych na plebanię przyszedł ubogi człowiek po prośbie. Ks. Alojzy dał mu jałmużnę, zaprosił go też do kuchni i nakarmił zupą. Koziełek spostrzegł, że mężczyzna jest bosy. Na koniec poprosił więc kucharkę, aby ta przyniosła księżowskie buty i podała je biedakowi. Tak się stało. Minęło wiele dni, zanim dobrodziej się zorientował o okropnej pomyłce – żebrak zamiast pary butów dostał dwa lewe! Ten fakt dręczył księdza Koziełka przez całą resztę życia. Wiele razy wspominał ów epizod, prosząc, by – jeśli ów ubogi się znów pojawi – dać mu drugi but do pary.

Proboszcz wspierał osoby utalentowane. Na przykład sponsorował studia Augustowi Bimlerowi, młodzieńcowi z Żor, przejawiającemu talent malarski. Dzięki księżowskiej pomocy August mógł się kształcić na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Potem Bimler odwdzięczył się swojemu mecenasowi, malując jego portret (obecnie praca jest w rodzinnych zbiorach). Artysta, na zlecenie biskupa Adamskiego, namalował też cykl obrazów kościołów drewnianych na Śląsku, w tym – knurowskiej świątyni św. Wawrzyńca.

Aby byli jedno

Ogromna sympatia do idei słowiańskiej jedności to nic dziwnego u osoby żyjącej na pograniczu, gdzie odczuwa się wpływy polskie, morawskie, czeskie. Ruchu panslawistyczny wzbudził z Alojzym Koziełku wielki entuzjazm już we wczesnej młodości. Jeszcze jako uczeń uznał, że narody słowiańskie łączy tak wiele, że powinny żyć w symbiozie. W końcu w jedności siła, zwłaszcza że silna indoktrynacja niemiecka z okresu kulturkampf podsuwała myśl o konieczności współdziałania Słowian. Z panslawizmem wiążą się patroni knurowskiego kościoła wybudowanego za czasów proboszcza Koziełka – święci Cyryl i Metody, zwani apostołami Słowian. Na dokumencie zamurowanym w kamieniu węgielnym kościoła zostało napisane „da wsi jedno budut” – aby wszyscy byli jedno. To samo hasło zostało umieszczone na bramie, która witała biskupa w dzień poświęcenia kościoła, w lipcu 1947 roku.

Miał żyłkę kronikarza. Jego monografia Knurowa i Krywałdu, wydana w 1937 roku, do dziś jest nieocenionym źródłem wiedzy. Będąc w czasie wojny w Kochłowicach również zajął się pisaniem historii tej miejscowości. Dzięki temu, że przez dwa lata studiował ekonomię w Monachium, nawet z zapisków gospodarczych potrafił wysnuwać daleko idące wnioski na temat życia w czasach, których notatki dotyczyły. Znał dobrze niemiecki i łacinę, więc miał bardzo duże możliwości korzystania z archiwów, również tych wrocławskich. Niektóre z nich w czasie wojny zaginęły. Przetrwały za to pośrednio – dzięki kronice ks. Koziełka

 

Wuj zawsze pomagał

W rodzinie zawsze wyczuwało się charyzmę ks. Alojzego. – Traktowaliśmy wuja z dużym szacunkiem, mówiło się o nim z poważaniem i wdzięcznością – wspomina Krystian Dusza, którego babcia była siostrą księdza. – Co tu dużo mówić, po wojnie panowała straszliwa bieda,. Nasza rodzina była liczna. Ojciec zginął podczas wojny. Było bardzo kiepsko, chwilami wręcz beznadziejnie. A wuj nam zawsze pomagał.

Proboszcz zawsze był mocno zajęty, zawsze w ruchu, ciągle miał mnóstwo do zrobienia. Oprócz codziennych spraw jakieś odczyty, wystąpienia. – Owszem, bywałem czasem na parafii, byłem nawet dopuszczony przez wuja do ministrantury, choć miałem dopiero 7 lat – opowiada pan Krystian. – Wtedy, aby być ministrantem, z reguły trzeba było być już po I Komunii – msze były po łacinie, więc trzeba było znać te wszystkie obcojęzyczne formuły. Pamiętam, że choć ubrałem najmniejszą z komż, to i tak sięgała mi do podłogi. Nieraz ją przydeptywałem, kiedyś straciłem równowagę i się przewróciłem – śmieje się Krystian Dusza.

Mimo swojego zabiegania, zawsze pamiętał o różnych gestach w stronę najmłodszych krewnych. Gdy był odpust, zwykle dawał dzieciom parę groszy, by sobie kupiły pierniki. Jak przyznają po latach, stanowiło to dla nich wielką frajdę – pierniki to był wtedy prawdziwy rarytas, jedzony od święta.

Nikt nie widział księdza Alojzego z papierosem. Nie palił tytoniu, był też wielkim zwolennikiem abstynencji. Już na studiach przedstawił obszerny referat o tym, jak zwalczać pijaństwo w narodzie. Chciał też wówczas założyć stowarzyszenie wstrzemięźliwości, ale Kółko tego nie przegłosowało. Jeśli pił alkohol, to tylko od wielkiej okazji i to w bardzo symbolicznych ilościach. Grywał za to w skata. Jednym z jego częstych karcianych rywali był |doktor Ogan.

Lubił też żartować. Któregoś razu jeden z gości przy obiedzie sięgnąwszy po chleb, zamiast jednej kromki, podniósł niechcący dwie, nie do końca od siebie odkrojone. Wahając się, co tu począć, usłyszał jednoznaczny komentarz księdza: - Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela!

O jego pogodnej naturze tak mówił na jednym z odpustów ksiądz Władysław Robota, cytowany przez „Gościa Niedzielnego” w 1949 roku: Z wielką przyjemnością przychodzimy do ks. Alojzego, bo godnie nosi imię swego patrona. I on zwykle jest pogodny, uśmiechnięty, rozśpiewany – prawdziwy „frater hilaris”, brat wesoły”. Wiele osób zapamiętało, jak knurowski proboszcz miał w zwyczaju witać przychodzących z otwartymi ramionami i słowami: witaj, miły hospodynie!

Cytował nieraz swoją ulubioną powieść poetycką „Maria” Antoniego Malczewskiego, zwłaszcza jej początek: Ej! ty na szybkim koniu, gdzie pędzisz, kozacze?. Lubił też śpiewać z przyjaciółmi, szczególnie sielankę Karpińskiego „Laura i Filon”. Był skromny, pogodny, uśmiechnięty.

Gdy umarł, w listopadzie 1949 roku, na jego pogrzeb przybyło się kilkudziesięciu księży i ogromne tłumy wiernych. Jak notowano w „Gościu Niedzielnym” ksiądz kanonik Jochemczyk w mowie pożegnalnej mówił: Dobry Bóg da mu wieczny spoczynek za to serce iście słowiańskie, więcej jeszcze chrześcijańskie, a najwięcej kapłańskie.

Mirella Napolska

Galeria

wstecz