Dzisiaj jest Sobota 18 listopada 2017
tel. 32 332 63 77 e-mail: redakcja@przegladlokalny.eu

Martyna Wolsztyńska przyznaje, że bracia kazali jej stać na bramce

18 sierpnia br. był szczególnym dniem dla rodziny Wolsztyńskich, bowiem w meczu Lotto Ekstraklasy z Cracovią Łukasz i Rafał strzelili bramki dla Górnika Zabrze. Minęły trzy tygodnie, Górnik grał z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza i znowu było głośno o Wolsztyńskich. Łukasz strzelił zwycięskiego gola, a Rafał odniósł kontuzję, która eliminuje go z gry przez kilka miesięcy. 
O braciach bliźniakach, ale nie tylko, rozmawiamy dzisiaj z ich siostrą Martyną. 
 
 


- Spotykamy się, by porozmawiać  o  Twoich  braciach,  którzy mają za sobą udany debiut w piłkarskiej ekstraklasie. Gdybyś miała w kilku zdaniach scharakteryzować  Łukasza  i  Rafała  to,  co  byś powiedziała? 
- Łukasz się kiedyś bardziej załamywał. Każdy przegrany mecz bardzo przeżywał, zamykał się w sobie na jakiś czas. Rafał z kolei podchodził do wydarzeń na boisku z dystansem - „dobra, nie udało się, następnym razem będzie lepiej”. Zawsze był taką osobą, która pocieszała też Łukasza. Teraz natomiast jest tak, że Łukasz podchodzi do tego bardziej dojrzale. 
Po  meczach  cały  czas  ze  sobą rozmawiają i analizują każde swoje zagranie, a tematów nie ma końca. 
Te ich długie rozmowy - tak mi się wydaje - są korzystne dla drużyny, bo głównie chodzi o to, żeby wygrywać mecze i grać z korzyścią dla zespołu. Sami to zresztą podkreślają. 

- Bracia łączą pasję z zawodową grą, a Ty, jaki masz pomysł na życie? 
-  Śpiew.  Jestem  aktorką  scen muzycznych,  mam  dyplom  studia wokalno-baletowego,  do  którego uczęszczałam w Gliwicach. 
Mam swój zespół, śpiewam m.in. na weselach. I podobnie, jak w przypadku moich braci, moja praca jest również moją pasją. A moje plany na przyszłość? Bardzo chciałabym śpiewać, to na pewno. 
I mam nadzieję, że uda mi się zaistnieć na estradzie, tak jak na przykład Beacie Kozidrak i grupie Bajm. 
Pasjonuje  mnie  też  aktorstwo i taniec, ale na pierwszym miejscu zawsze była muzyka. 
Mam też nadzieję, że niebawem nagram  w  studiu  kilka  coverów i może to się jakoś rozwinie.

- Wracając do bliźniaków i piłki to wiem, że kibicujecie im całą rodziną. Opowiedz coś o tym.
- Tak kibicujemy rodzinnie i dzieje się to na meczach u siebie, ale i na wyjazdach. Byliśmy m.in. na meczu w Krakowie z Cracovią. Najpierw była euforia, bo Górnik prowadził 3:1, a w końcówce - nie wiem, czy los tak chciał, czy sędzia - ale zrobiło się 3:3. 
Często  siedząc  na  trybunach przeżywamy  huśtawkę  nastrojów. Najczęściej wzruszamy się i cieszymy, no i mamy powody do dumy, bo gra w Górniku to wielka sprawa. 

-  Były  momenty  zwątpienia, gdy  latem  ubiegłego  roku  Rafał zerwał więzadła? 
-  Jakieś  obawy  były,  ale  Rafał  powtarzał,  że  wielu  piłkarzy i sportowców przez to musi przejść. 
I przytaczał kontuzję Arka Milika, z  którym  się  zna.  Nawiasem  mówiąc, też miałam okazję go poznać. W pociągu...  
Rafał  po  kontuzji  wiedział,  że czeka go ciężka rehabilitacja. Zagryzał wtedy zęby i pracował całymi dniami, aby wrócić do zdrowia. Jak sam  wspominał,  rehabilitacja  jest dużo cięższa od treningów. 

- Gdy Rafał przechodził rehabilitację, Łukasz grał i strzelał bramki. Zauważyłaś, że Rafał zazdrościł Łukaszowi?
- Myślę, że gdzieś tam w głowie Rafała  była  nutka  zazdrości,  ale wiedział, że musi w pełni dojść do siebie po kontuzji i prędzej czy później przyjdzie jego czas. 
Mówi się, że Rafał jest troszkę lepszy, a może inaczej, że ma większy luz na boisku i piłka mu się lepiej klei do nogi. Może to przez ten większy dystans do siebie, łatwiej mu było pogodzić się z tym, że na grę w Górniku musi poczekać dłużej od Łukasza.  

- Chłopcy mieli zapewne swoich idoli. 
- Pamiętam, że jak byli młodsi to Łukasz zachwycał się m.in. Beckhamem, a Rafał - Ronaldinho. Później wołali na niego Rafalinho. 
Zinedine Zidane to z kolei piłkarz,  a  obecnie  trener,  którego  ja bardzo lubię.
Muszę też wspomnieć, że u nas w domu zawsze kibicowało się Barcelonie. Pamiętam, jak pojechaliśmy pierwszy raz z rodzicami do Hiszpanii.  Obowiązkowo  musieliśmy zwiedzić  Barcelonę  i  Camp  Nou, gdzie wydaliśmy sporo oszczędności na pamiątki. 
Mieliśmy  też  wtedy  ogromne szczęście, bo gdy byliśmy na stadionie, piłkarze mieli rozruch i spotkaliśmy takie sławy, jak Gerard Pique, czy ten „wariat” Dani Alves. Nie umieliśmy wtedy dobrze języka angielskiego więc wołaliśmy do nich: foto, foto! Alves stanął wtedy obok, potargał mnie za włosy i strzelił głupią minę. Fajnie, bo mamy super pamiątkę.

- Gdyby Twoi bracia nie grali w piłkę, to co by robili? 
- Trudne pytanie, ale myślę, że i tak byłby to sport. Na pewno w przypadku Łukasza. A Rafał? Nie wiem, chyba by kopał rowy (śmiech). Na pewno by to była jakaś praca fizyczna.
 
- Jaki macie teraz kontakt ze sobą?
- Teraz świetny, wspieramy się nawzajem, ale kiedyś sobie przeszkadzaliśmy.

- Jest ktoś, komu chcielibyście wspólnie powiedzieć dziękuję za to, kim dzisiaj jesteście? 
-  Przede  wszystkim  rodzicom. Gdyby nie oni, ich codzienne wsparcie to nigdy nie osiągnęlibyśmy swoich dotychczasowych sukcesów. 

-  Na  zakończenie,  zastanawiam  się,  czym  dla  Ciebie  jest piłka nożna?
- Od dziecka jest dla mnie formą ruchu, bo bracia wyciągali mnie na boisko, żebym stała na bramce. Oni się „kiwali”, a do mnie mówili: Martyna idź na bramkę. 
Teraz piłka nożna to dla mnie tylko sport, ale i aż, bo dla braci jest to praca, ale też przede wszystkim 
pasja. Piłka nożna to dla mnie też możliwość kibicowania i wspierania Łukasza oraz Rafała. 
Tomasz Czarnecki, Piotr Skorupa / Foto: prywatne

wstecz