Dzisiaj jest Wtorek 23 stycznia 2018
tel. 32 332 63 77 e-mail: redakcja@przegladlokalny.eu

Najstarsza cukiernia na najstarszej ulicy

Kiedy nieopierzony 19-latek z Mazowsza pierwszy raz wszedł do cukierni „U Klimka”, na świecie wrzało. Zimna wojna trwała w najlepsze: nad Europą wznosił się cień Muru Berlińskiego, światowe mocarstwa zbroiły się po zęby, w kosmos wystrzeliwano pierwsze sondy. To nie był łatwy czas do życia...
50 lat temu Knurów mało przypominał ten dzisiejszy. Minęło niewiele ponad 10 lat odkąd mógł dumnie nazywać się miastem. Właśnie tę niewielką miejscowość, z kopalnią w tle, wybrał Ireneusz Ogiński na swoje miejsce na ziemi. Tutaj znalazł dom i pracę. 
- Tata przyszedł do Knurowa w 1969 roku – opowiada Michał Ogiński, najmłodszy syn obecnego właściciela cukierni. – Cukiernia już wtedy działała.
Budynek, w którym mieści się cukiernia, stoi przy ul. Koziełka już prawie 100 lat. Wcześniej, na przełomie lat 20. i 30. funkcjonował tutaj sklep z artykułami papierniczymi. 
- Podobno obok, tam gdzie teraz jest warsztat cukierniczy, rodzina żydowska prowadziła sklep z materiami. Zniknęli po wojnie. Nie wiem, co się z nimi stało. Nigdy nie wrócili - mówi knurowianin.
Cukiernię prowadziło rodzeństwo Klimków: Euzebiusz, Ana i Walburga, zwana przez bliskich Walentyną. Podział obowiązków był jasny: Euzebiusz piekł ciasta, Ana je sprzedawała,  a najmłodsza Walentyna zajmowała się księgowością. Byli do siebie zupełnie niepodobni. 
- Pan Klimek lubił żartować, nigdy nie było z nim nudno – wspomina Michał Ogiński. – Babcia Ana, bo tak na nią mówiliśmy, miała  mocny charakter. Ciocia Walentyna zaś była najspokojniejsza. Zawsze opanowana. Pięknie pisała.
Śląskie gospodynie rzadko kupowały gotowe ciasta. Piekły same lub zanosiły surowe wypieki do piekarza, aby skorzystać z pieca. Dla Klimków robiły wyjątek.
- Pan Klimek specjalizował się w cieście w rodzaju szachownicy (czarno-biała kratka z biszkoptu). Kupowało się szczególnie po to, żeby oczarować gości, bo nie każda gospodyni potrafiła tak perfekcyjnie je wykonywać - wspomina Ewa Granieczny, knurowska historyczka. 
Cukiernię odwiedzali wszyscy. Rzadko kto potrafił się oprzeć lukrowanym pączkom, mieszanym drożdżówkom, kołoczom i strudli z wiśniami.
- W okresie budowania naszego rodzinnego domu mój dziadek odwiedzał plac budowy z paczuszką ciastek z kremem od Klimka - śmieje się knurowianka.
Klimkowie odchodzili powoli i nie po kolei. Najpierw umarł Euzebiusz, potem Walentyna, na końcu Ana. Spoczęli obok siebie, na cmentarzu w Paniówkach. Tak chcieli. Po śmierci wrócili w rodzinne strony.
- Tata przyrzekł panu Klimkowi, że będzie prowadził cukiernię tak, jakby nic się nie zmieniło - mówi Michał Ogiński.
Obietnicy dotrzymał. 

Smak cynamonek
Ireneusz Ogiński zaczyna pracę o godz. 2 w nocy – przygotowuje ciasto na pączki i kołocze.  Koło godz. 6 przychodzi żona, czasami wpadają synowie.
- Dorastaliśmy wśród ciast, dlatego wszyscy się mniej więcej na tym znamy - śmieje się najmłodszy syn cukiernika.
Prowadzenie cukierni to ciężka praca. Nie tylko nocne wstawanie daje w kość. Pan Ogiński wszystko robi ręcznie, nie korzysta ze skomplikowanych maszynerii. W cukierni niewiele się zmienia. Cukiernik od 50 lat wciąż korzysta z tej samej praski do dzielenia pączków, nawet lada nie potrzebuje wymiany. Niezamierzony klimat retro.
- Nawet drzwi, które byliśmy zmuszeni wymienić 5 lat temu, były zabytkowe - mówi Michał Ogiński.
Drzwi zresztą zaskoczyły Ogińskich. 
- Były zrobione z kawałków krzesła i nóg od stołów. Ludzie widocznie budowali ze wszystkiego, co się dało. Tworzyli coś z niczego. Nowoczesne rzeczy psują się szybko, a te drzwi zrobione z resztek przetrwały 40 lat - opowiada pan Michał.
Ostatnio w oknach cukierni pojawił się znak technologicznych zmian - rolety antywłamaniowe.
- Zdarzało się, nie wiedzieć czemu, że dwa lata z rzędu po Bożym Ciele, mieliśmy wybitą szybę. Ja rozumiem po Sylwestrze, ale po Bożym Ciele? Dziwne.. - zastanawia się knurowianin.
Cukiernia u Klimka stawia na tradycję, również jeśli chodzi o reklamę. Próżno szukać strony internetowej czy banerów na mieście.
- Ludzie są naszą reklamą. Przychodzą, bo wiedzą, że u nas jest dobre i świeże ciasto. Bez konserwantów. Ciasto naturalne już na drugi dzień jest nieco twardsze, a te sztuczne mogą leżeć tydzień i nic im nie jest - mówi pan Michał.
Najnowszy, bo liczący niewiele ponad 7 lat,  wynalazek pana Ogińskiego - cynamonki, szturmem zdobył knurowskie podniebienia. Zawędrował także na stół do krakowskiej kurii.
- Dostaliśmy podziękowania od kardynała Dziwisza i zapewnienie, że cynamonki smakowały - śmieje się knurowianin.
Pan Ogiński zbliża się do wieku emerytalnego. Jeszcze nie wiadomo, co stanie się z cukiernią. Czy przejmą ją synowie?
- Tata nie może w nieskończoność prowadzić cukierni. Kiedyś trzeba odpocząć - mówi pan Michał.

Katalizator pamięci
Smaki i zapachy otwierają drzwi do przeszłości, do czasów dzieciństwa. Nostalgia wymaga obecności, materialnych punktów zaczepienia. Ci, którzy kiedyś mieszkali w Knurowie wpadają do Klimka, aby przypomnieć sobie czasy, kiedy ledwo sięgali do sklepowej lady.
- Pamiętam, jak chodziłam z babcią na pączki do Klimka. W środku pachniało drożdżami i świeżym ciastem. Mama nie pozwalała mi jeść słodyczy, więc była to nasza z babcią tajemnica. Czasami idę do cukierni na Koziełka, choć inne mam bliżej, biorę kilka pączków i czuję się znowu jak mała dziewczynka. Tylko babci już nie ma – opowiada pani Jolanta z Knurowa.
Niezapisane historie żyją krótko. Z czasem w ogóle przestają istnieć. Odchodzą ludzie, którzy znali i wiedzieli.  Trudno się przebić to tego, co zapamiętane, w okaleczonej cielesności odszukać ślady dawnych czasów, przywrócić małe prywatne historie. Julia Hartwig pisała, że obecność wypełnia się nieobecnością, a chłód taje od dawnego ciepła. U Klimka nadal trwa cząstka przeszłości  - znalazła schronienie w smaku i zapachu. Wciąż pachnie tak samo jak przed 50 laty. Nie zmieniła się receptura ciast i deserów. I tylko klienci jakby starsi, i skroń cukiernika bardziej oszroniona.

Justyna Bajko





Galeria

wstecz