Dzisiaj jest Niedziela 22 kwietnia 2018
tel. 32 332 63 77 e-mail: redakcja@przegladlokalny.eu

Że też mi się chciało...

- Od początku stawiałem na telewizję, bo wiedziałem, że tylko ona daje mi wielomilionową widownię - mówi Janusz Dymek, pochodzący z Knurowa reżyser kultowych seriali "Siedem życzeń" i "Tulipan" 
Paweł Gradek: Zdarza się panu jeszcze godać?
Janusz Dymek: - Nie, ale czasem odkrywam jakiś śląski wyraz, jakiś ausdruk i mówię: "Jezus, jakie to fajne!" Kiedyś tego nie zauważałem. Dziś, kiedy trafia mi się okazja, chętnie, ku uciesze, nimi się popisuję. Mój operator pochodzący z Jaworzna miał takie powiedzenie, kiedy już wszystko było na planie ustawione: "No, to signal contra para i jadymy!" Bardzo nas to bawiło.

Jakie emocje towarzyszą pańskim powrotom do Knurowa?
- W tej chwili? Trudno powiedzieć, bo moi rodzice dawno zmarli, ale każdy przyjazd tutaj wzbudza we mnie pewne emocje. Coraz lepiej to odczuwam. Moja żona bardzo polubiła Knurów. Ludzi przede wszystkim. Że są tacy inni, tacy fajni. Teraz przyjechałem z synem, który ostatnio był tu 20 lat temu. Pokazałem mu dom, w którym się urodziłem. Takimi gałami na to patrzył. Zrobił sobie "selfie" z tablicą ulicy mojego dziadka, Jana Dymka. Fajnie było obserwować to jego odkrywanie rodzinnych korzeni. 
Dość wcześnie, bo w wieku 14 lat wybyłem z Knurowa do Technikum Budowlanego w Bytomiu. Wcześniej całym światem była Szkoła Podstawowa nr 1 i lekcje wychowania fizycznego z fantastycznym nauczycielem Jerzym Malczewskim. On nas zaraził siatkówką. Uprawiałem lekkoatletykę, skakałem w dal, biegałem na 60 m na stadionie Unii Krywałd, do kina chodziłem. Knurowskie kino było dla mnie "Casinem" do tego stopnia, że przez pewien czas myślałem, że każde kino tak się nazywa. A chodziłem do niego jeszcze w końcówce okupacji niemieckiej.

Czy filmy, które pan tam zobaczył, wpłynęły na późniejsze życiowe wybory?
- Przyznam, że wcale. Po technikum próbowałem zdawać na studia budowlane na Politechnice Śląskiej, ale jak zobaczyłem po egzaminie pisemnym z matematyki arkusz pokreślony na czerwono, zrezygnowałem. Trzeba było odrobić praktyki, trafiłem więc do biura projektów w Gliwicach, gdzie szefował inżynier Janusz Szkwara, maniak kina i dyskusyjnych klubów filmowych. Nasze rozmowy o sztuce i literaturze ośmieliły mnie do podjęcia studiów polonistycznych na Uniwersytecie Wrocławskim. I tak to się zaczęło. Jeździłem z prelekcjami, prowadziłem studenckie obozy filmowe, w końcu wylądowałem we wrocławskim ośrodku telewizji jako marny kierownik produkcji. Pamiętam, że moja decyzja o studiowaniu reżyserii w łódzkiej szkole filmowej paru ludzi wprawiła w zdumienie. Na szczęście moi rodzice byli na tyle fantastyczni, że akceptowali wszystko, co wyczyniałem, mimo że często nie rozumieli moich wyborów.

Część zdjęć do miniserialu "Odlot" kręcił pan w Knurowie. Co o tym przesądziło?
- Pierwotnie serial miał nosić tytuł "Kajtek", a jego akcja miała się toczyć w fabryce FSO w Warszawie. Nie było w tym żadnego charakterystycznego klimatu, zmieniłem więc lokalizację na Bielsko, wymyśliłem tytuł "Odlot", i tak powstała opowieść o chłopaku, który wyrywa się ze swojego środowiska w świat.
Bardzo chciałem pokazać kawałek Knurowa. Na ul. Ogrodowej, którą wcześniej chodziłem do szkoły, znaleźliśmy odpowiednie mieszkanie i podwórko, gdzie Artur Barciś jeździł jawą. Nie wiem, czy to nadało koloryt serialowi. Miałem jednak poczucie, że umieszczenie bohatera w takim środowisku wzbogaci tę postać, dając jej to, co i mnie dało.
Podczas realizacji serialu pojawiły się jednak poważne kłopoty. Wybuchł stan wojenny. Zaczął się koszmar produkcyjny i realizatorski. Prace nad serialem wstrzymano, a byliśmy wtedy przygotowani do kręcenia sceny strajku w fabryce... Kilka miesięcy później pozwolono nam go dokończyć, jednak z mocno okrojonymi scenami. Prawdę mówiąc nie mam specjalnego sentymentu do tego mojego debiutu. Scenariusz był cieniutki, bez wyrazistego bohatera, utkany właściwie z drugiego planu. Mimo to cieszę się, że udało się akcję umieścić na Śląsku.
   
Jest pan współautorem scenariusza filmu "Przesłuchanie", uznanego za najbardziej antykomunistyczny w dziejach PRL.
- Z Ryszardem Bugajskim byliśmy na jednym roku w Łodzi. Już wtedy pomagaliśmy sobie nawzajem przy swoich etiudach. On miał łatwość pisania, ja byłem trochę takim adwokatem diabła. Z naszych rozmów narodziła się ta mocna historia. Nie wierzyłem, że widzowie wytrzymają 1,5 godzin scen w celi i przesłuchania. Wydawało nam się wtedy, że potrzebny był tej opowieści pewien wentyl. Wymyśliliśmy więc tzw. antycypację, czyli wyprzedzenie czasu: współczesne sceny z Olgierdem Łukaszewiczem i filmową córką Adama Ferencego i Krystyny Jandy. Grała ją Małgosia Zajączkowska, która chodziła po różnych środowiskach solidarnościowych i zbierała pieniądze na grób matki.
Podczas pierwszego roboczego pokazu filmu w zespole "X" Andrzej Wajda powiedział: "Wyrzućcie to. To jest niepotrzebne, za dosłowne." No i materiał poszedł "na grzebienie" jak się wtedy mówiło.
Dziś "Przesłuchanie" to ulubiony film obozu rządzącego, czego Ryszard Bugajski nie może sobie wybaczyć.

Film fabularny, teatr telewizji czy serial?
- Od początku stawiałem na telewizję, bo wiedziałem, że tylko ona daje mi wielomilionową widownię. Koledzy z roku zajęcia z telewizji po prostu olewali, ja jako jedyny zrobiłem na studiach ćwiczenie telewizyjne dla Mariusza Waltera.

Dziś pańskie seriale "Siedem życzeń" i "Tulipan" uznawane są za kultowe.
- No tak, to miłe. Doceniam, chociaż krytycznie. Na przykład "Siedem życzeń" oglądam dziś ze szczękościskiem. Mówiącego kota zrobiliśmy prymitywnymi metodami: karmiliśmy go, żeby kłapał pyskiem, potem z tych "kłapiących" klatek filmowych animowaliśmy jego "mowę", do której głosu użyczył Maciej Zembaty, autor scenariusza zresztą. Że też mi się chciało... Parę lat później miałbym już inne narzędzia do zrobienia takiego mówiącego kota.
Najdziwniejszą pochwałę za ten serial odebrałem od pewnej pani, która powiedziała: "Mój syn po obejrzeniu "Siedmiu życzeń" zaczął sam wynosić śmieci."

A serial "Tulipan"?
- Mam do tego serialu duży sentyment. Dziś się go ogląda jak dokument z tamtych czasów. 
Jest taka scena, kiedy Tulipan siedzi w altanie w parku, rozmawia z kumplem, zajada pomarańcze i popija piwem z puszki. Taki towar można było wtedy dostać w Polsce tylko za bony w Pewexie, a stać na niego było tylko niewielu. Taki PRL-owski szczyt luksusu. Scena ta miała podkreślić wyższy status materialny bohatera. Kiedy pokazywałem serial w Stanach, nikt nie potrafił odczytać tego znaczenia.

To prawda, że pierwszą emisję śledziło 19 mln widzów?
- Możliwe. Nikt wtedy nie prowadził badań. Kiedy byłem w Chicago, zaprosili mnie dla radia polonijnego. Rozmowa zeszła na "Tulipana". Dziennikarz zapytał o odbiór serialu w kraju, odpowiedziałem, że wszyscy oglądali. On wtedy uciął rozmowę zdaniem: "No tak, bo wtedy nic innego w telewizji nie leciało." Zatkał mnie.
Doszły mnie słuchy, że pierwowzór Tulipana, Kalibabka, oglądał serial w więzieniu w Nowym Sączu. Współwięźniowie pytali go o szczegóły, a on przyznawał się nawet do tych scen, które były przez nas wymyślone. Po prostu wciągnął na siebie skórę odtwórcy roli, Jasia Monczki. Ale to nie było tak, że po przeczytaniu scenariusza Andrzeja Swata wpadłem w zachwyt. Miałem wątpliwości, czy nie zrezygnować z tego pomysłu. Świat knajp i kurew wcale mnie nie interesował. Wtedy mój przyjaciel, operator Antek Wójtowicz, powiedział, że trzeba stworzyć postać, którą widz polubi. Jeśli tego nie zrobi na początku, serial będzie stracony. Cały nasz wysiłek szedł więc na to, żeby Janek Monczka, przy całym swoim draństwie, dał się polubić. I to się udało.

Miał pan problemy z cenzurą?
- Serial po pierwszym odcinku oprotestował Jan Dobraczyński z PRON-u, uznając go za gloryfikację cwaniactwa. Proponował, żeby ściągnąć "Tulipana" z emisji lub ewentualnie puszczać późną porą ze stosownym komentarzem. Ówczesny szef telewizji postanowił zrobić na wizji konfrontację twórców z Dobraczyńskim. Serial udało się wybronić prostym trikiem: potraktowaliśmy go jako ostrzeżenie dla naiwnych kobiet.

Często pojawiał się pan w swoich serialach jako aktor. Jak to jest stanąć po drugiej stronie kamery?
- Bardzo źle. Robiłem serial "Radio Romans" w Gdańsku. W jednej ze scen grałem dyrektora szkoły, który wchodzi do sekretariatu, kładzie papiery na biurku, coś tam mówi i wychodzi. Stałem za drzwiami, czekając na swój moment, a równocześnie obserwowałem podgląd. Kiedy otworzyłem drzwi kompletnie mnie zatykało. Dopiero za trzecim dublem się udało. Zmiana optyki okazała się nie do przeskoczenia! Koszmar! Taka samoświadomość jest zabójcza dla aktora-amatora-reżysera.
 
Ogląda pan seriale w telewizji?
- Polskich nie, chociaż przymierzam się do "Watahy" i drugiego sezonu "Belfra". Namiętnie za to korzystam z Netflix'a. Seriale takie jak "Breaking Bad", "House Of Cards" to są perełki! 

Gdyby przyrównać pańskie życie do filmu, to jest ono dobrze wyreżyserowane i obsadzone?
- Myślę, że coś się udało. Jestem z Knurowa, mam tu korzenie, wiem co one mi dają. Nasączają mnie czymś, czego być może inni nie mają. Jestem może bardziej wyczulony na prawdę, realizm, solidność roboty. Jak to synek ze Śląska.
Cieszę się, że na koniec udało mi się zrobić PRL-owski tryptyk w Teatrze Faktu w TVP ("Afera mięsna", "Prezent dla tow. Edwarda G." i "Czarnobyl" - przyp. red.), bo on jakoś dobrze zamyka tę moją drogę.
Kiedy oglądam czasem to, co nakręciłem, przypominają mi się sytuacje i problemy, jakie zdarzały się na planie. Myślę wtedy: "Że też mi się chciało..." Zawsze zależało mi, żeby ekipa była za mną i ze mną. Dlatego bardzo źle znosiłem sytuacje, kiedy wskakiwałem w buty reżysera na kilka odcinków serialu. Tak było z "Na dobre i na złe". Inaczej było w "Złotopolskich". Było przesympatycznie, wiedzieliśmy o sobie wszystko. Zrobiłem około 400 odcinków, ale w moim dorobku są też rzeczy, jak serial "Psie serce" dla Polsatu, które wspominam z absmakiem. 
Choć polskich filmów nie oglądam, to z zaskoczeniem przyglądam się pracy młodszych kolegów. Jestem przekonany, że polskie kino idzie w dobrym kierunku. 
Rozmawiał Paweł Gradek

Galeria

wstecz