Ci, którzy interesują się knurowską piłką doskonale pamiętają, jak w ubiegłym roku z niedowierzaniem oswajali się z informacją, że trenerem Concordii został Marek Motyka. Postać nietuzinkowa w rodzimym futbolu i jednocześnie żywa legenda krakowskiej Wisły. 
Pana Marka oceniam, jako gościa na poziomie. Jaki był w szatni nie wiem. Wiem natomiast, że trenera ocenia się przede wszystkim na podstawie osiąganych wyników. Jeżeli są one takie sobie czy wręcz kiepskie, nikt nie patrzy na nazwisko, wcześniejsze dokonania, doświadczenie i tak zwany warsztat. Gdy nie ma wyników, trenerzy dostają kopniaka i lądują na bruku. Doświadczają tego najlepsi, łącznie z selekcjonerami. Doświadczają też ci anonimowi, pracujący w klubach na najniższych ligowych szczeblach. 
Po „Marcysiu” rodem z Żywca, o którym można przeczytać m.in. w Wikipedii, knurowskich piłkarzy przejął Zbigniew Matuszek. Można powiedzieć - żółtodziób, bo mimo, że już jakiś czas jest trenerem, angaż w klubie 4-ligowym jest dla niego największym sukcesem. 
Laik pomyśli tak, skoro z Markiem Motyką drużyna plasowała się w dolnej części tabeli to ze Zbigniewem Matuszkiem może zaliczyć zjazd na niższy poziom. 
Powiedzmy, że po 10 kolejkach trener żółtodziób mówi takiemu laikowi - sprawdzam. I co się okazuje? Concordia pod wodzą byłego defensora „Białej Gwiazdy” w 10 meczach zgromadziła 9 punktów. Matuszek wraz ze swymi zawodnikami po takiej samej ilości spotkań ma - uwaga - 16 „oczek”. Mało tego, po minionym weekendzie uwzględniając pięć ostatnich kolejek, Concordia jest liderem w swojej grupie 4 ligi. 
Cud? Nie, to normalne piłkarskie zjawisko, o którym wszyscy zapomną, gdy przytrafi się jedna czy druga porażka. Nim jednak do tego dojdzie, a dojdzie na pewno, warto docenić te ostatnie wyniki. Tym bardziej, że - teoretycznie - Matuszek dysponuje słabszą kadrą od Motyki.