Dzisiaj jest Sobota 18 listopada 2017
tel. 32 332 63 77 e-mail: redakcja@przegladlokalny.eu

Przepustka do Hollywood

- Trochę się wahałem, ale w końcu wybrałem pracę w firmie, która ma na swoim koncie między innymi Oscara za efekty specjalne do filmu „Gladiator”! - mówi Jakub Skorupa, twórca animacji, z pochodzenia knurowianin, którego film animowany „Frank O’Hara – Mayakovsky” był prezentowany podczas tegorocznego Festiwalu Filmów Polskich w Los Angeles
Mirella Napolska: - Jak Pana film trafił na największy w Hollywood przegląd polskiego kina? 
Jakub Skorupa: - Festiwale filmowe są jednym z najlepszych sposobów na promocję filmów krótkometrażowych. Jest to dość tradycyjna droga: zgłaszamy film, kierownictwo festiwalu dokonuje selekcji spośród wszystkich zgłoszeń i jeśli mamy szczęście, film jest pokazywany na festiwalu. Tak też się stało w przypadku mojej animacji i jej udziału w Polish Film Festival w Los Angeles. W tym roku mój film będzie także pokazywany na festiwalu animacji w Palm Springs w Kalifornii.
- Pana film to ilustracja fragmentu wiersza Franka O’Hary poświęconego innemu poecie – Władimirowi Majakowskiemu. Skąd się wziął u Pana O’Hara? I czemu akurat ten wiersz?
- Od czasów licealnych jestem wielkim fanem poezji tego nowojorskiego twórcy. Tak się złożyło, że fragment jego wiersza pojawił się także w serialu „Mad Men”, który również bardzo sobie cenię. Gdy szukałem tematu mojego pierwszego filmu krótkometrażowego, okoliczności przyrody sprawiły, że wybrałem tę drogę. Generalnie uważam, że tworzenie wizualizacji do treści poetyckich jest w obecnym świecie jakiegoś rodzaju szansą na uratowanie tego gatunku literackiego przed zupełnym wyginięciem.
- „Frank O’Hara...” trwa niespełna minutę. A jak długo Pan nad nim pracował?
- Czas produkcji był rozłożony na okres około sześciu miesięcy - od wstępnego storyboardu do czasu publikacji. Jednak było to dla mnie zajęcie dodatkowe, które realizowałem z doskoku, w wolnych chwilach.
- Jak to się stało, że zajął się Pan animacją? 
- To był dość długi proces. Zaczęło się od tego, że siedem lat temu mój serdeczny przyjaciel, Karol Papała, wtajemniczył mnie w program Adobe After Effects. Przez kilka kolejnych lat obserwowałem możliwości tego programu, aż w pewnym momencie stwierdziłem, że wchodzę w to na sto procent. Dzisiaj większość mojej pracy artystycznej i zawodowej wykonuję właśnie przy użyciu tego oprogramowania. Natomiast animacja jako dziedzina sztuki stała się dla mnie bardzo pojemnym nośnikiem, nienarzucającym praktycznie żadnych ograniczeń. Dzięki niej mogę opowiadać historie, a efekt końcowy zależy tylko i wyłącznie od dwóch czynników: nakładu czasu, jaki na to poświęcę, oraz moich umiejętności. Co ciekawe, kilka lat temu nie interesowałem się jakoś szczególnie animacją, dostrzegłem ją dopiero dzięki internetowi i reklamom. Najwyraźniej musiało to we mnie dojrzeć.
- Jaki był pierwszy film animowany, który Pan w życiu obejrzał? 
- Myślę, że był to „Bolek i Lolek na dzikim zachodzie”. Przynajmniej to jest pierwszy, jaki pamiętam.
- A najważniejsze filmy, które Pan obejrzał? Najistotniejsi twórcy? 
- Może to dziwnie zabrzmi, ale nie jestem wielkim fanem pełnometrażowych filmów animowanych. Lubię w zasadzie tylko dwa: „Króla Lwa” oraz „Trio z Belleville”. Bardzo lubię krótkie formy, szczególnie twórczość pionierów eksperymentalnej animacji Franciszki i Stefana Themersonów oraz kilka kreskówek. Jestem natomiast fanem animowanych filmów reklamowych oraz animowanych czołówek seriali i filmów. Jeśli pyta Pani generalnie o film, bardzo lubię twórczość Pedro Almodóvara  oraz Quentina Tarantino. 
- Skąd czerpie pan inspiracje?
- Dla mnie praca nad „Frankiem O’Harą” była przede wszystkim bardzo dobrą zabawą. Inspiracje bardziej konkretne to wszelkiego rodzaju treści kultury, które gdzieś w między czasie konsumuję i przyswajam. I bardzo inspiruje mnie przyroda: krajobrazy, formy terenu, kształty.
- Przed wyprowadzką do Londynu pracował Pan w knurowskiej firmie zajmującej się produkcją filmową. Jak Pan to wspomina?
- Produktownia.com to przede wszystkim piękna przygoda i cieszę się, że Karol ją kontynuuje. To właśnie w Knurowie zrealizowaliśmy nasze pierwsze filmy i akcje reklamowe. Mieliśmy to szczęście, że spotkaliśmy na naszej drodze wielu życzliwych ludzi, m.in.: Krzysia Skowrońskiego z Hard Rocka, dyrektora CK Jerzego Kosowskiego oraz panią Justynę Kosik z knurowskiego kina, którzy byli skłonni zaufać naszym pomysłom i umiejętnościom.
- Dziś pracuje Pan w The Mill, poważnej firmie od efektów wizualnych. Jak wypada porównywanie możliwości rozwoju twórcy animacji w Wielkiej Brytanii i w Polsce? 
- Zależy to od indywidualnych preferencji. Ja akurat miałem marzenie, żeby spróbować swoich sił za granicą – i tak się stało. Dostałem ofertę pracy z Londynu. Co ciekawe, otrzymałem ją także dzięki temu krótkiemu filmowi, który zrobiłem jeszcze mieszkając w Polsce. Trochę się wahałem, ale w końcu wybrałem pracę w firmie, która ma na swoim koncie między innymi Oscara za efekty specjalne do filmu „Gladiator”!
- Jak wygląda Pana praca?
-  The Mill jest studiem postprodukcji filmowej. Pracuję tam obecnie jako motion designer i zajmuję się projektowaniem animacji w filmach reklamowych. Mam to szczęście, że pracuję z ludźmi, wśród który są moi idole. Dla przykładu, jeden z moich współpracowników jest autorem czołówki do mojego ulubionego filmu o przygodach Jamesa Bonda – „Casino Royale”.
- Jak widzi Pan swoją przyszłość? Myśli Pan o jakichś większych, dłuższych formach filmowych? 
- Kiedyś chciałbym wyreżyserować trzyminutowy film animowany. Tylko tyle.
- Marzy się Panu, gdzieś w dalekiej perspektywie, przeprowadzka do Los Angeles? Czy może powrót do Knurowa? 
- Nie marzę o Los Angeles, próbuję oswoić się z Londynem. Problemem większych miast jest właśnie to, że nie są Knurowem!

Rozmawiała Mirella Napolska

Galeria

wstecz