Dzisiaj jest Piątek 20 października 2017
tel. 32 332 63 77 e-mail: redakcja@przegladlokalny.eu
Maria i Henryk Kustra na spotkaniu w Gierałtowicach

Wszystko minęło

Na tym zdjęciu stoją jeszcze razem. Tadeusz z blond grzywką, młodszy o dwa lata Henryk i Marysia na kolanach dumnego ojca Franciszka. Spokojnie patrzą w obiektyw. Matka Ludwika zmarła nagle w 1932 roku, ojca zabili Sowieci, Tadeusz zachorował w trakcie wędrówki do Armii Andersa, umarł jako wolny człowiek w perskim szpitalu. Z całej rodziny przetrwają tylko Henryk i Maria. Wojenna zawierucha, a potem polityczna szachownica, rozdzieli ich na ponad 30 lat. W dorosłych twarzach z trudem rozpoznawali dziecięce rysy
Henryk Kustra urodził się 1926 r. we Lwowie, jego siostra Maria przyszła na świat rok później. W 1932 roku rodzinę dotknęła straszna tragedia, nagle zmarła ukochana mama. Ojcu, policjantowi, trudno było zajmować się trojgiem dzieci. Najmłodsza Marysia została oddana do zakładu dla półsierot wojskowych. Pani Maria ciepło wspomina czas przed wojenną katastrofą. 
- Gdy starsi bracia przychodzili w odwiedziny, ojciec mówił: „Pocałujcie siostrzyczkę w rękę” - mówi pani Maria. - Czasami ojciec zabierał mnie na niedzielę do domu, sadzał na kolana i drapał swoją bródką, a ja się śmiałam i uciekałam z kolan. Och ! Jakbym chciała, żeby to wszystko się wróciło. Te moje szczęśliwe, dziecięce czasy. Do dziś dnia nie wiem, gdzie zaginął nasz Ojciec i czy w ogóle jest jakiś Jego grób?
- Ciebie najwięcej kochał — śmieje się pan Henryk.
17 września 1939 roku do Lwowa weszła Armia Czerwona. Rozpoczęły się aresztowania polskiej inteligencji. Po ojca przyszło NKWD, bracia schronili się u stryjenki. 
Pani Maria wspomina ostatnie spotkanie z ojcem.
- Przyszedł do zakładu. Przywitał się ze mną, mocno mnie ścisnął, przytulił i ucałował. Do dziś pamiętam jego mokrą od łez twarz. Nigdy już w życiu Ojca nie zobaczyłam.
Po trzech dniach zapukali po Henryka i Tadeusza. Na liście do deportacji znalazło się całe rodzeństwo Kustrów. Maria, nadal będąc w zakładzie, uniknęła losu braci.

Z Lwowa do Australii
- Przyszli po nas w środku nocy, kazali się pakować i wywieźli na dworzec - opowiada Henryk Kustra. - To był 13 kwietnia 1940 roku. Zapytaliśmy, dlaczego nas aresztują. Odpowiedzieli, że należymy do harcerstwa, a to jest antysowiecka organizacja, takie polskie Hitlerjugend. 
Bracia trafili do państwowego zakładu hodowli koni dla Armii Czerwonej w Kazachstanie. Pracowali tam głównie Kozacy, którzy także nienawidzili Rosjan. 
- Po dwóch latach usłyszeliśmy o amnestii dla Polaków, ale co dalej, gdzie pojechać - nie wiedzieliśmy— wspomina Henryk Kustra. - Nasi opiekunowie, muzułmanie, bardzo się o nas bali. Popłakali się na wieść, że chcemy do wojska. Zastanawialiśmy się, jak im podziękować za opiekę. Postanowiliśmy się z nimi pomodlić, w końcu jeden jest Bóg.
Do Polskich Sił Zbrojnych szli Polacy z całego Związku Radzieckiego. Z Kazachstanu, z mroźnych stepów, tundry i tajgi. Szli wycieńczeni i głodni. Niejedni umierali w drodze na nieludzkiej ziemi. Anders — to nazwisko dawało nadzieję na wolność, na życie, na walkę o pozostawiony dom. Jeszcze wtedy lwowiacy wierzyli, że wrócą. Henryk i Tadeusz wyruszyli do Bezuuku, jechali przez 2 tygodnie.
- Brat zachorował na malarię, ja miałem tyfus - mówi Henryk Kustra. - Gdy obudziłem się w szpitalu, w białym prześcieradle myślałem, że jestem w niebie, że umarłem. Szukałem skrzydeł na plecach ludzi. Dziwiłem się tylko, że jestem w niebie, a rozumiem co do mnie mówią.
Henryk Kustra dostał się do Armii Andersa, do Junaków. Tadeusz ze względu na ciężki stan zdrowia został w szpitalu Pechlavi. Umarł w 1943 roku. Pan Henryk przeszedł szkolenie dla radiotelegrafistów. Pamięta odwiedziny generałów Andersa i Sikorskiego, zachowały się zdjęcia z tego momentu. Po kursach i szkoleniu żołnierzy wysłano na front. Henryk Kustra walczył m.in. pod Monte Casino i Ancorą.
- Po Jałcie wiedzieliśmy, że Anglicy nas zdradzili. Był wielki smutek w II Korpusie - wspomina lwowianin. - Nie wróciłem do Polski. 
Henryk Kustra zamieszkał w Australii. Ożenił się ze Szkotką, mają troje, żonatych już, dzieci. Rząd australijski pamięta o nim. Henryk Kustra często prowadzi parady wojskowe, trzymając polską flagę. Jest jednym z ostatnich żyjących żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych.

Z Lwowa do Gliwic
Maria Kustra o losach brata dowiedziała się dopiero po prawie 30 latach. Gdy aresztowali ojca i wywieźli braci, musiała się ukrywać. Doświadczyła głodu, poniżenia, widoku śmierci, która czyhała na każdym kroku.
- Spałam na strychach, ubrana byłe jak, kładłam się na kamieniach. Minęło... - wspomina. - By zarobić na bułkę, sprzedałam gazę. Kilka razy otarłam się o śmierć, ale dobry Bóg czuwał nad sierotą.
Polakom we Lwowie nie było łatwo. Najpierw Sowieci, potem Niemcy i narastająca groza ukraińskiego nacjonalizmu, i znowu Sowieci. 
- Pewnego razu, pracując poza Lwowem u bardzo zacnej rodziny na Zakarpaciu, przeżyłam napad banderowców - opowiada Maria Kustra. - Moi gospodarze zdołali uciec, a ja śpiąc w kuchni, ze strachu zostałam unieruchomiona w łóżku. Naprzód strzelali ze ślepych nabojów, ubrani byli w rosyjskich szynelach,(płaszczach wojskowych), udawali Rosjan, mówiąc po rosyjsku, ale po akcencie poznać było, że to Ukraińcy. Rabując w pokoju weszło trzech do kuchni. Ja byłam nakryta kocem i trzęsłam się ze strachu . Odkryli mi twarz i zapytali. Kto ty? Gdzie twój papa? Ponieważ udawali Rosjan, to powiedziałam, że mego Ojca zabrali Niemcy. To powiedzieli: no to legaj (kładź się) i przykryli mi głowę. Na szczęście nic mi nie zrobili. Nazajutrz już po tym napadzie wyjechałam już do Lwowa. Do dziś leczę się na nerwy i nadciśnienie z tych ciężkich przeżyć... Wszystko minęło...
Po wojnie trwała repatriacja Polaków, ale lwowianka nie chciała wyjeżdżać. Czekała. Wciąż miała nadzieję, że ojciec i bracia wrócą. Pewnego dnia, odwiedził ją w pracy Tadeusz Szewczyk z pytaniem, dlaczego nie jedzie do Polski. Obiecał, że pomoże jej w poszukiwaniach rodziny. Kartki przychodziły, na każdej dwa słowa: „Dalej szukamy”. W końcu na piątej Szewczyk napisał: „Odnalazłem Pani brata, mieszka w Australii. Brat napisze do Pani”. 
- Serce mi rąbnęło — opowiada Maria Kustra. 
Lwowianka po kilkudziesięciu latach doskonale pamięta dzień, gdy przyszedł list od Henryka.
- Czytałam i płakałam - wspomina. - Znam ten list na pamięć. Czytałam go wciąż od nowa i od nowa.
Listy przychodziły. W jednym brat zapytał, dlaczego nie wyjeżdża do Polski. Po kłopotach z wizą w końcu Maria Kustra w 1959 roku w wieku 33 lat wsiadła do pociągu do Gliwic. We Lwowie zostawiła wszystko. Jechała do zupełnie obcego miasta o ciemnych budynkach, zmierzała między obcych ludzi.
- W Gliwicach jest pięknie, Ślązacy nas przyjmą - słyszała w pociągu.
- Rzeczywiście, pokochałam Gliwice - mówi Maria Kustra.
Pierwsze spotkanie z bratem to 1971 rok. Warszawskie Okęcie.
- Nigdy nie zapomnę tego dnia — mówi lwowianka.
Od tamtej pory Henryk Kustra regularnie przyjeżdża do Polski, wciąż mają tyle sobie do opowiedzenia, tyle czasu do narobienia. Lubią się przekomarzać, i jak to lwowiacy, często żartują. 
- Brat trochę na mnie krzyczy, w końcu jestem młodszą siostrą, ale bardzo mnie kocha - uśmiecha się Maria Kustra.
Maria Kustra w Gliwicach odnalazła swoją drugi dom. Henryk Kustra nie zdecydował się na powrót do Polski. W ich losy wpleciona jest historia tysięcy ludzi. Kresowiaków, Sybiraków, żołnierzy, emigrantów.
 - Pamięć o nich jest naszym obowiązkiem— podkreślają.

Swoje losy Maria i Henryk Kustrowie opowiedzieli  w 2013 roku na spotkaniu zorganizowanym przez Gminną Bibliotekę Publiczną w Gierałtowicach. 
Los dopisał epilog historii rodzeństwa - Pan Henryk zmarł kilka tygodni temu. 

Justyna Bajko

Galeria

wstecz