Dzisiaj jest Piątek 18 sierpnia 2017
tel. 32 332 63 77 e-mail: redakcja@przegladlokalny.eu

Zmarł najstarszy knurowianin

Był świadkiem świata, którego już nie ma. Pamiętał czasy, gdy po Knurowie jeździły bryczki, przeżył dwie wojny, powstania śląskie, walczył na norweskich wodach. We wtorek zmarł Maksymilian Weniger. Miał 105 lat

1 sierpnia zmarł Maksymilian Weniger, najstarszy mieszkaniec Knurowa. We wrześniu skończyłby 106 lat. Bezpośredni, gościnny, był skarbnicą wiedzy o dwudziestowiecznym Knurowie. Znał na wylot topografię miasta z różnych okresów,  nazwiska i twarze dawnych knurowian. Tych, którzy dziś są patronami knurowskich ulic – jak Florian Ogan, Feliks Michalski czy ks. Alojzy Koziełek – i tych zwyczajnych, o których pamięć zaciera się wraz z upływającym czasem. Wielokrotnie spotykaliśmy się z panem Maksymilianem, zawsze z przyjemnością i uwagą wsłuchując się w opowieści, które działały jak wehikuł czasu. Chętnie dzielił się z nami tym, co przetrwało w Jego pamięci. Oby pamięć knurowian o Nim samym  trwała jak najdłużej...
Pan Maksymilian z zawodu był kowalem, a z natury – twardy jak żelazo. Nie stronił od ciężkiej pracy, własnymi rękami zbudował rodzinny dom, doczekał się gromady potomków. Jego recepta na długie życie w dobrym zdrowiu była krótka i treściwa: szanować się i ruszać. Chodzić, pracować, uprawiać dużo sportu. I nie być pijusem ani rozrabiaką. – Trzeba wiedzieć, jak żyć – mówił sentencjonalnie najstarszy knurowianin.
– Na spacer się przejdę, obejrzę telewizję, sport, dobry film – opowiadał nam wówczas o drobnych przyjemnościach dnia codziennego. – Kiedyś spotykałem się z kolegami, ale dziś kolegów już nie ma, nie żyją.
Stuletni pan Weniger w żadnym razie nie wyglądał na swój wiek – trzymał się prosto, spojrzenie miał bystre, ton głosu pewny i stanowczy. Kiedy, gestykulując z werwą, snuł historie o bliższej i dalszej przeszłości, niejeden mógł mu pozazdrościć energii. 

Dzieciństwo
Wspomnienia przychodzą same, jakby tylko czekały, aby być opowiedziane – to ciągłe odpominanie przeszłości: miejsc, których już nie ma i ludzi, którzy odeszli. Pana Wenigera nie trzeba było zachęcać do wspomnień. Z nostalgią wracał do czasów młodości, do dawnych zapachów i zachwytów. Nie ma już brukowanych ulic, nie ma bryczek wiozących eleganckie knurowskie damy do fryzjera. Jednak w opowieściach pana Maksymiliana wciąż żył nieistniejący już świat. Jakby istniał tylko dzięki niemu. Z taką samą żarliwością knurowianin opowiadał o przygodach (był żołnierzem, uczestniczył w pogrzebie Józefa Piłsudskiego), jak i o codzienności (cotygodniowych wyprawach do kina ). Nie zawsze było łatwo. Historia bezwzględnie plątała ludzkie losy, nieraz tracili wszystko.
- Ale odbudowaliśmy się i żyjemy - mówił z zadumą.
Pan Maksymilian urodził się w Knurowie 22 września 1911 roku jako piąty z siedmiorga rodzeństwa. Chętnie wspominał czasy dzieciństwa. – Był fajny staw, czysta woda, rybki pływały. Zimą jeździliśmy tam na łyżwach, orkiestra grała. Było też w Knurowie małe kino, przez zimę każdy chciał tam iść. Do KS „Sokół” w Krywałdzie się chodziło. Było tam wszystko, bieżnia, zapasy, drążki. Wspominał łączkę, gdzie grywał z kolegami w piłkę, masarnię – wówczas jedyną we wsi – i zabytkowy, drewniany kościół św. Wawrzyńca.
Pierwszy dzień szkoły, kiedy jako 7-latek pod rękę z siostrami przekroczył próg klasy, pamiętał nie gorzej niż to, co było wczoraj. 
- Gdy w 1917 roku siostra zaprowadzała mnie do szkoły, miałem 7 lat, kończyła się wojna. Wszystkie klasy, starsi i młodsi, uczyły się razem w jednym pomieszczeniu − opowiadał. − Nasz nauczyciel, wdowiec, kiedyś zasnął na lekcji, a tu zjawił się inspektor. Oj, źle to się skończyło. Ale sporo się nauczyłem.  Do te pory pamiętam wierszyk o cesarzu Wilhelmie II, taki propagandowy. 
Dziwnie się plotły losy Ślązaków. Gdy rodzina pana Wenigera przez pewien czas mieszkała w Głogówku, mały Maksymilian uczył się w zamku hrabiego Oppersdorffa. Tylko tam była nauczycielka. Magnat, w czasie plebiscytu, stanął po stronie Polski. Za swoją decyzję zapłacił wysoką cenę.  Spotkał go ostracyzm środowiska, nie potrafiącego zrozumieć, dlaczego optuje za opcją polską, a nie niemiecką. Jan Jerzy Oppersdorff i Dorota Radziwiłłówna mieli dwanaścioro dzieci. Z jednym z chłopców pan Maksymilian znalazł się potem w wojsku w czasie II wojny. 

Dom
Rodzinny dom pana Maksymiliana pachniał świeżo wypieczonym chlebem i swojską kiełbasą. 
- Ojciec był kowalem, ale potrafił  i chleb upiec, i kiełbasę zrobić – mówił z uśmiechem pan Maksymilian.
Codziennie na dzieci czekała ciepła kolacja.
- Obowiązkowo na stole była kiszka, kartofle i mleko, a w każdą sobotę mama piekła kołocz! I wszystko było swoje: mak, ser, mąka... - opowiadał knurowianin. - Tak nas mama zdrowo chowała!
O rodzicach mówił jako o osobach bardzo religijnych. Jego ojciec, uczestnik powstań śląskich, był kowalem. Maksymilian, jako jedyny z rodzeństwa, poszedł w ślady ojca – wyuczył się kowalstwa. Jednak jeden fach to było dla niego za mało. Wymarzyło mu się spawanie. Według ojca, spawacz nie był odpowiednim zawodem, jednak Maksymilian dopiął swego. Potem zdobył też fach ślusarza.
Pewnego dnia wyszedł z domu do roboty jak zwykle, ale po drodze nogi poniosły go w inną stronę – do kopalni. Poszedł do nadsztygara zapytać o pracę. Okazało się, że można od zaraz. 

Szychta
Kiedy wrócił z tej pierwszej, spontanicznej szychty, matka spytała: coś tak w czas przyszedł? On na to: daj jeść, bo ja na drugą znowu idę do roboty. 
I tak Maks spontanicznie poszedł pracować na kopalnię. Dzięki temu po roku mógł sam sfinansować sobie kurs spawacza. Potem został też ślusarzem. Życie zawodowe miał urozmaicone. Wielokrotnie zmieniał miejsce pracy. Ale w kopalni zaczynał i z kopalni odchodził na emeryturę. 
Pierwsze wyraźne wspomnienia związane z kopalnią to ceremonia przejęcia jej przez polskie władze z Wojciechem Korfantym na czele i nadanie imion szybom Piotr, Paweł i Foch. Pan Weniger opowiadał nam też o swojej I komunii, którą przyjął w kopalnianej cechowni. Wspominał samą uroczystość, a także specjalne śniadanie, które zorganizował dzieciom ks. Władysław Robota. Smak tamtej słodkiej bułki i kakao zapamiętał na całe życie. 

Wojna
Zawierucha wojenna nie ominęła pana Maksymiliana. Został wcielony do wojska.
− Byłem marynarzem. Pływaliśmy po Morzu Północnym, po Bałtyku. Spaliśmy po dziewięciu na kilku metrach, a i sufit był nisko. Ciężko było z wodą. Można było łapać dorsze na okucia starych butów. Do tej pory nie lubię dorszy, to najgłupsza ryba w morzu! – opowiadał.
Pan Maksymilian pamiętał też dobre chwile. Przywoływał twarze spotkanych osób, dowódcy, czy kobiety z bliźniakami, która przypominała mu żonę. Ich uśmiechy, grymasy zatrzymały się w nim jak stare fotografie.
− W czasie wigilii, daleko od swoich domów, dostawaliśmy zaproszenia od innych rodzin mieszkających w pobliżu. Czasami chodziliśmy do kina, ćwiczyliśmy na drążkach – mówił.

Rodzina
Swoją żonę pan Maksymilian znał z widzenia od dziecka – chodziła do klasy z jego siostrą. Wpadła mu w oko podczas zabawy w Starym Zaciszu. 
– Mnie napastował kolega, który jej nie znał – opowiadał. – Mówi mi, słuchaj Maks, są takie trzy siostry i mnie się podoba ta najstarsza. A ja ją znam, mówię mu na to. Miała nietypową fryzurę – krótkie włosy. Dała się ostrzyc jak chłopak, dla żartu. 
Jakoś tak wszystko się potoczyło, że to nie kolega, ale właśnie Maksymilian zdobył serce intrygującej dziewczyny. Pobrali się rok później, w 1936. Wychowali czworo dzieci (dwie córki i dwóch synów). 
Pewnie to właśnie rodzinie pan Maksymilian w dużej mierze zawdzięczał swoją kondycję i życiową energię. Mieszkał razem z córką i jej rodziną, w sąsiedztwie bliższych i dalszych krewnych. Doczekał się całej gromady potomków. Jeden z nich – praprawnuk, jest Jego imiennikiem. Pan Maksymilian odszedł 1 sierpnia, otoczony kochającą rodziną. 
Jb, MiNa

Galeria

wstecz